Dlaczego tak wielu chrześcijan unika ewangelizacji? Pytanie pozornie retoryczne, ale warte chwili szczerej refleksji. Sharonda Cooper, autorka wydanej przez Crossway książki Evangelism, stawia tezę, która ma siłę właśnie dlatego, że jest prosta: nie boimy się trudnych pytań ani oskarżeń o narzucanie religii. Boimy się ryzyka relacyjnego. Boimy się, że stracimy przyjaciół, że ktoś nas wyśmieje przy wigilijnym stole albo odwróci się do nas plecami w pracy. Komfort społeczny stał się bożkiem, któremu oddajemy chwałę kosztem misji.
Ta diagnoza jest trafna i dobrze znana z katolickiego doświadczenia. W Polsce przez dziesięciolecia słowo „ewangelizacja” kojarzyło się albo z kaznodziejstwem ulicznym, albo z nadzwyczajnymi powołaniami misjonarzy wyjeżdżających do Afryki. Przeciętny wierny mógł spokojnie uznać, że to nie jego działka. Przeciętny wierny mógł spokojnie uznać, że to nie jego działka. Tymczasem Sobór Watykański II w Lumen Gentium (nr 33) przypomniał z mocą, że apostolstwo nie jest przywilejem duchownych ani charyzmatyków, lecz obowiązkiem wynikającym wprost z chrztu świętego: „Apostolstwo świeckich jest uczestnictwem w zbawczej misji samego Kościoła; do tego apostolstwa wszyscy są powołani przez Pana samego za pośrednictwem chrztu i bierzmowania.” Jan Paweł II, ogłaszając w 1990 roku encyklikę Redemptoris Missio, poszedł jeszcze dalej: mówił o „nowej ewangelizacji” jako zadaniu szczególnie pilnym właśnie tam, gdzie chrześcijaństwo zadomowiło się na tyle mocno, że straciło żywość pierwszego przepowiadania.
Co zatem tracimy, gdy milczymy?
Po pierwsze, radość posłuszeństwa. Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego nie czekali na sprzyjające okoliczności — „oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie” (Mk 16,20). Paweł, pisząc z więzienia do Filipian, nie narzekał na trudy, lecz radował się, że „moje więzy stały się głośne w Chrystusie” i że przez to „większość braci, ośmielonych w Panu moimi więzami, bardziej się waży głosić słowo Boże” (Flp 1,13–14). Radość chrześcijańska nie jest emocją niezależną od działania — ona z działania wynika. Gdy jesteśmy wierni misji, której Pan nas powierzył, doświadczamy pokoju, który „przewyższa wszelki umysł” (Flp 4,7). Gdy się od niej uchylamy, zostaje nam tylko samozadowolenie — ciepłe, ale płytkie.
Po drugie, głębsza wdzięczność za własne zbawienie. Cooper celnie zauważa, że znajomość prawd wiary może z czasem stać się ich oswojeniem do tego stopnia, że przestają nas poruszać. Sakrament spowiedzi w tradycji katolickiej pełni tu rolę nieocenioną — przywraca świadomość własnej grzeszności i konieczności łaski — ale nie zastępuje konfrontacji z pytaniem kogoś, kto jeszcze tej łaski nie doświadczył. Gdy tłumaczymy innemu, dlaczego Chrystus musiał umrzeć i zmartwychwstać, sami sobie to na nowo odkrywamy. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 1428) mówi o „nawróceniu po chrzcie” jako procesie ciągłym — ewangelizacja innych jest jednym z jego motorów.
Po trzecie, wzrost w wiedzy i dojrzałości wiary. „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest” — pisze Piotr (1 P 3,15). Apologetyka nie jest luksusem teologów; jest obowiązkiem każdego ochrzczonego. Niewierzący zadają pytania, które wierzący — bezpiecznie zamknięci w homogenicznym środowisku parafialnym — nigdy sobie nie zadają: skąd wiesz, że Pismo jest wiarygodne? Gdzie był Bóg podczas Auschwitz? Co z ludźmi, którzy nigdy o Chrystusie nie słyszeli? Pytania te bywają prowokacyjne, ale zmuszają do myślenia. Tomasz z Akwinu całą Summę contra Gentiles napisał właśnie z myślą o dialogu z niewierzącymi i niechrześcijanami — uznał, że samo odwoływanie się do autorytetu Pisma nie wystarczy wobec tych, którzy go nie uznają. Ewangelizacja czyni nas lepszymi teologami.
Po czwarte, radość bycia świadkiem nawrócenia. Kiedy ktoś, kogo znamy, odwraca się od destrukcji i zaczyna żyć w łasce — to jest cud. Nie metafora cudu, lecz cud właściwy: działanie Boga w wolnej ludzkiej woli. Łukasz opisuje, jak sam Jezus mówi, że „większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15,7). Ta radość nie jest zastrzeżona dla aniołów — możemy w niej uczestniczyć, jeśli byliśmy w ogóle obecni w procesie, który do niej doprowadził. Nawet jako ci, którzy tylko zasiali ziarno.
Po piąte, i być może najważniejsze — pamiętanie, że wielu jest jeszcze zgubionych. To najtrudniejszy punkt, bo wymaga zmierzenia się z doktryną, której wolałoby się nie myśleć: piekło jest realne. Nie jako straszak pedagogiczny, lecz jako konsekwencja wolności i odrzucenia miłości. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 1033–1037) naucza, że piekło jest stanem dobrowolnego, ostatecznego odwrócenia się od Boga — i że Kościół nie może milczeć o tej możliwości, nie zdradzając jednocześnie prawdy o Bożej sprawiedliwości. „Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9,27). Gdy regularnie rozmawiamy z ludźmi o wierze, ta rzeczywistość przestaje być abstrakcją.
Ewangelizacja jest więc nie tyle obowiązkiem nałożonym z zewnątrz, ile przestrzenią, w której chrześcijanin sam rośnie — w radości, wdzięczności, wiedzy i miłości. Gdy z niej rezygnujemy w imię świętego spokoju, płacimy cenę wyższą, niż się wydaje.
